Search the resting place of Polish airmen

The database contains 7489 names of Polish airmen buried in military cemeteries around the world..

How do I search?
Please enter the name in the box below. It is not necessary to mention all the names of airmen.If you enter first three letters the application will prompt you the names of airmen. To access the details select the airmen by clicking the mouse on the selected option menu.

Searching for burial sites by name:

Władysław
Dittmer



Updated: 2013-02-11
Rank
chor.pil./4 PL/

Date of birth
1888-07-24

Date of death
1974-01-23

Cemetery
Grave
Rodzinny
Photo of grave

Country
Polska

Period
The post war period

Source
Informacja: córka Bogumiła Głyda    
Zdjęcie: Jan Oleksy, www.mojeprzedmiescie.pl/index.php?file=kop112.php
Zdj. grobu dzięki uprzejmości Rodziny.
Władysław Dittmer urodził się w m. Mrzygłódka w rodzinie Wilhelma i Jadwigi (z domu Chadzińska) Dittmerów (W. Grudniak).    
    
    
W 1910 r. zostałem powołany do obowiązkowej służby wojskowej. Służyłem w Petersburgu w gwardii konnej. Jako mechanik z zawodu, zostałem w 1911 r., przydzielony do lotnictwa stacjonującego w Sewastopolu. Po trzech miesiącach skierowano mnie, wraz z innymi oficerami, na kurs mechaników samolotowych do Paryża. W czasie szkolenia poznałem francuskiego instruktora pilotażu, który gdy dowiedział się, że jestem Polakiem bardzo mnie polubił i umożliwił oficjalny udział w lotach. Wkrótce opanowałem dział mechaniki, jak również prowadzenie samolotu pod nadzorem instruktora. Kurs trwał trzy miesiące. Ukończyłem go z pierwszą lokatą, z wyróżnieniem.     
Po powrocie do Sewastopola, zostałem skierowany do szkolenia mechaników, a ponadto mianowano mnie kierownikiem warsztatów. Pamiętam sprzeczkę z instruktorem pilotażu, który zarzucał mi, że maszyny nie są dostatecznie przygotowane. Wezwano mnie do dowódcy lotnictwa, któremu udowadniałem, że samoloty są w porządku i mogę to potwierdzić osobistą próbą. Dowódca zgodził się i pozwolił mi rolować maszynę po pasie startowym. Wówczas poniosła mnie ambicja, dałem pełny gaz i poleciałem w powietrze. Zrobiłem rundę nad lotniskiem i szczęśliwie wylądowałem. Ponieważ dowództwo i instruktorzy nie znali moich umiejętności, więc żądali ukarania. Dowódca szkoły potraktował sprawę inaczej, wezwał mnie do siebie i pochwalił za wyczyn. Ja zaś wyjaśniłem, że podstawy sztuki pilotażu poznałem we Francji i dowiodłem tego prowadząc samolot "Neuport". Po tym zdarzeniu rozpocząłem już samodzielne loty. Stałem się członkiem personelu latającego, jako jedyny podoficer lotnictwa rosyjskiego.     
W 1913 r. przydzielono mnie do lotnictwa gwardii w Petersburgu, gdzie pełniłem służbę aż do mobilizacji w sierpniu 1914 r. Latałem wtedy w lotnictwie frontowym na "Neuportach". Jedynym naszym uzbrojeniem były automatyczne pistolety mausery. W trakcie lotu bojowego zestrzeliłem z takiego pistoletu niemiecki samolot. Za ten czyn dostałem Krzyż św. Jerzego. Do roku 1915 brałem udział w akcjach bojowych przeciwko Niemcom na froncie zachodnim. Podczas jednego z lotów zwiadowczych zostałem trafiony, przestrzelono mi zbiornik paliwa i byłem zmuszony lądować na terenie nieprzyjaciela, w okolicach Kielc. Wraz z obserwatorem por. Popowem dostałem się do niewoli. Mnie umieszczono w obozie jenieckim Neuhammer, a mojego obserwatora w obozie oficerskim. W roku 1915 wysłany zostałem do fabryki wagonów i samolotów "Hofmannwerke" we Wrocławiu. W czerwcu 1917 r. udało mi się stamtąd uciec. Dotarłem do rodziny do Zawiercia, gdzie ukrywałem się do 1918 roku. W tym czasie żandarmeria niemiecka często przeszukiwała dom rodziców i tylko dzięki pomocy najbliższych, kolegów i znajomych, udało mi się przetrwać.    
W 1918 r. zgłosiłem się w dowództwie lotnictwa LOT w Warszawie, gdzie zostałem przydzielony do formacji tworzącego się lotnictwa polskiego, którego dowódcą był płk. Wańkowicz. Była to szkoła lotnicza, do której zgłosił się personel latający ze wszystkich trzech zaborów. Z biegiem czasu przeniesiono mnie w charakterze instruktora pilotażu do Krakowa, gdzie właśnie powstawał ośrodek lotniczy. Dowódcą był wówczas kapitan, a późniejszy pułkownik Roman Florerer. Po pięciu miesiącach rozkazem lotnictwa wróciłem do Warszawy, gdzie formowała się Oficerska Szkoła Obserwatorów Lotniczych, która później została przeniesiona do Torunia.    
W naszym mieście istniała od 1920 do 1925 r. Dowódcą został kpt. Szanderowski, a ja awansowałem na szefa pilotażu. Szkolono w niej obserwatorów, strzelców lotniczych, personel łączności, uzbrojenia, foto i meteorologii, a dorywczo również samych pilotów. Samoloty były różnego pochodzenia: niemieckie, francuskie, angielskie, włoskie i holenderskie. Była to powojenna zbieranina z demobilu, sprzęt zużyty, przestarzały i mało wartościowy. Powodowało to wiele śmiertelnych wypadków.     
W czasie wojny polsko-bolszewickiej szkolne eskadry brały udział w akcjach bojowych. W 1925 r., po przeniesieniu szkoły do Dęblina, uformował się w Toruniu 4 pułk lotniczy - pomorski. W nim również pełniłem obowiązki szefa pilotażu. Pułkiem od samego początku dowodził ppłk. Roman Florerer, ja zaś należałem do eskadry treningowej, uczyłem pilotażu, oblatywałem samoloty po remoncie i brałem udział w komisji technicznej badającej wypadki lotnicze.     
W czasie pełnienia służby w 4 pułku lotniczym kilkakrotnie byłem odkomenderowany do Aeroklubu w Łodzi na stanowisko szefa pilotażu. Kursy prowadzono każdego roku latem przez okres czterech miesięcy. Brało w nich udział od 50 do 60 uczniów, którzy kończyli naukę egzaminem i dyplomem. Tego typu szkolenia powtarzały się aż do wybuchu II wojny światowej.     
We wrześniu 1939 r. zgłosiłem się jako ochotnik do lotnictwa i brałem udział w obronie Warszawy - Mokotów. Po kapitulacji wzięto mnie do niewoli niemieckiej, z której uciekłem w przebraniu cywila. Wróciłem do Torunia, do rodziny. Po kilku dniach zostałem aresztowany przez gestapo i osadzony jako zakładnik w Forcie VII. Katowano mnie i dręczono. Dzięki wstawiennictwu znajomego toruńskiego Niemca nazwiskiem Hayer, zostałem po pół roku zwolniony, a tym samym uniknąłem śmierci na Barbarce. Przed opuszczeniem Fortu VII Hayer szepnął mi na ucho - "uciekaj człowieku natychmiast z Torunia, bo im nie wierzę".     
Uwierzyłem życzliwym słowom. Zaraz po wyjściu na wolność pojechałem do Poręby koło Zawiercia. Tam pracowałem przy produkcji maszyn i urządzeń technicznych. W fabryce należałem do organizacji przygotowującej ucieczki jeńców rosyjskich oraz udzielającej im pomocy materialnej. Uratowaliśmy wielu więźniów.     
Po zakończeniu wojny wróciłem do Torunia, gdzie zgłosiłem się do pracy przy odbudowie i uruchomieniu fabryki chemicznej "Polchem", w której byłem zatrudniony do 1965 r. W zakładzie zostałem dwukrotnie wyróżniony i odznaczony.    
    
Na podstawie notatek Władysława Dittmera opracował Jan Oleksy    
Gallery
Fotka